STAROŚĆ NIE RADOŚĆ??? A MOŻE JEDNAK???

W tym wieku już tylko z nim?
Aktualnie jeżdżę po Polsce z wykładami "Jak starzeć się z radością". O starzeniu się mówię niewiele (wciąż nie wiem, po czym to starzenie się poznaje?) ale o radości - godzinami!!!

Już od kilkunastu lat żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku. Wiek poprzedni, dwudziesty, który był jeszcze nie tak dawno dla nas symbolem postępu i nowoczesności, stał się raptem okropnie staromodny, zacofany i śmieszny. Ale – tak naprawdę, to tak lubię postęp, że chciałabym żyć w wieku co najmniej dwudziestym drugim! Wiem, nie mam najmniejszych szans, chociaż ostatnio w związku z postępem medycyny życie tak się wydłuża i wydłuża, że kto tam wie, próbować można…Póki co, żyję, i to od dość już dawna, czego w dodatku zupełnie się nie wstydzę.



Już w przedszkolu dziwiło mnie, że trzyletnie koleżanki chciały do starszaków, i parę lat później te same marzyły, mając lat piętnaście, by mieć już osiemnaście. Potem przez chwilę nie było już czasu na zastanawianie się nad problemami wieku, pierwsza miłość, pierwsze dziecko i pierwsze rozczarowania życiowe zajmowały całą uwagę – a w wieku dojrzałym – większość kobitek (bo panowie wydaje się są jakoś mniej dotknięci kompleksem wieku) zaczyna cierpieć z powodu wciąż narastającej ilości wiosen. Zaczyna się proces odwrotny, niż w dzieciństwie – panie po czterdziestce udają, że mają najwyżej trzydzieści, a gdy stuknie im szósty krzyżyk, z trudem przyznają się najwyżej do pięćdziesiątki. Znam nawet pewną sędziwą matronę, zresztą byłą tancerkę, która w świetnej formie dobiega rączo lat dziewięćdziesięciu, ale która za żadne skarby nie chce się do tego przyznać. Udaje, nieboga, że ma najwyżej siedemdziesiąt parę, tak jakby to miało cokolwiek zmienić… Bo syndromem starszego pokolenia jest właśnie, między innymi, ukrywanie swego wieku – nic tak bardziej nie postarza, jak kokietliwe wykręcanie się z tego tematu i trzepotanie starymi, wyłysiałymi rzęsami na każdą aluzję w tej sprawie.

Pewna moja koleżanka, symulując obsesjonalnie młódkę, tak dalece posuwa się w imitowaniu oznak wczesnej młodości, że zalotnie przewracając oczkami (co grozi każdorazowo eksplozją pokładów botoksu, paraliżującego zmarszczki) sepleni – tyle, że obserwujący ją trzeźwi świadkowie kładą to na karb źle dobranej sztucznej szczęki, a nie wdzięku młodości. A przecież każdemu z nas wieku przybywa – normalnie, co roku mamy liczbę przeżytych latek o jedną cyfrę większą, i w zasadzie nie ma w tym nic tragicznego. Energię, jaką wkładają baby w ukrywanie swojej daty urodzenia, należałoby raczej skierować w stronę uprawiania sportów, racjonalnego, zdrowego a niezbyt obfitego żywienia i ogólnie tak zwanego trzymania się, co dałoby o wiele lepsze rezultaty! Nie mam absolutnie nic przeciwko walce o urodę, kremom, maseczkom, liftingom i innym zabiegom upiększającym, które wszak nie są jednoznaczne z oszustwami na temat wieku.

Kiedyś zadzwoniłam do mego najstarszego syna, Kaspra, który jest moją autorytatywną wyrocznią wszystkich ziemskich spraw.
“Co o tym myślisz, chcę sobie wytatuować trybalny wzór na dekolcie, zrobić piercing w prawej brwi i pomalować włosy w czerwono – czarne ciapki?”
“Ojej, matka, czy ty przypadkiem nie starasz się odmłodzić, nie chcesz tym sposobem udawać takiej młodej, z kolczykiem i ciapkami?” – zatroskało się dziecko
"Nie, ja chcę być taką starą z kolczykiem i ciapkami, a co, nie można, to jakiś rasizm w stosunku do starych, czy co?” – odszczeknęłam się agresywnie
“A, jak tak, to co innego, można!” – przystał na mój argument syn, i od tej pory mam ciapki, kolczyk i tatuaż. Ale równocześnie w audycji telewizyjnej, do której zaprosili mnie Francuzi, śmiało wykrzyczałam ilość moich wiosen, co nie powstrzymało czterdziestu kilku telewidzów do natychmiastowego telefonicznego nagabywania mnie o randki.
Już ze dwadzieścia lat temu, po kilkunastu latach przetańczonych przeze mnie w Paryżu, przyjechał z Warszawy jakiś świeży absolwent szkoły baletowej, którą skończyłam lata wcześniej.
“Ojej, proszę pani, w mojej klasie wisiało pani zdjęcie, akurat pod nim siedziałem, parę lat męki w pani towarzystwie, jak się cieszę, że panią widzę jeszcze żywą!”
Jak to, jeszcze żywą? Jeszcze jak, i końca wciąż nie widać, póki co!

Ostatnio zostałam poderwana w metrze przez pewnego fotografa. Siedzący naprzeciw pan nie mógł ode mnie oczu oderwać, trzmając przed sobą kartkę “Vous etes magnifique”("Jest pani wspaniała"). Tak mnie tym rozśmieszył, że wbrew dotychczasowym zasadom zgodziłam się na wspólną kawę. Po wyjaśnieniu, że obydwoje jesteśmy stanu wolnego, wyznałam bez skrupułów fakt, że jestem dzieciata.

“Ach, to musiała pani bardzo wcześnie zostać matką?” - zaniepokoił się fatygant.
“No, zaraz po maturze!” – rzuciłam, i dalej opowiadałam, jak to moja córeczka ślicznie grała na swoim ostatnim koncercie.
“To dziecko już takie duże, że koncertuje?” - zatroskał się konkurent
” Oczywiście, podchodzi pod trzydziestkę!” – rzuciłam z dumą, co pogrążyło mego interlokutora w długiej zadumie, powiązanej z liczeniem czegoś na palcach u obu rąk. Wreszcie, rozpromieniony, wykrzyknął:

“Ach, mam, to jesteś dużo młodsza, kochanie, ja już mam pięćdziesiąt sześć!”
Spojrzałam na niego z pogardą, jak na żabę, i bezlitośnie wyjaśniłam, że pierwsze dziecko ma już pięćdziesiąt cztery latka. Nie, nie cztery – mówię wyraźnie, pięćdziesiąt cztery! Przyszły niedoszły kandydat na absztyfikanta przestraszył się, przeszedł znienacka z powrotem na “pani” i wkrótce uciekł bezpowrotnie. Koleżanki przekonują mnie, że nie powinnam rozwiewać jego złudzeń, utrzymując detale metryki w tajemnicy – ale, skoro te kryteria są dla kogoś istotne, tym lepiej, im szybciej zostanie samoistnie wyeliminowany…
Dostałam maila od jednego z moich czytelników, w którym zapytuje mnie on, czy moja mamusia nie nosiła nazwiska Mazurówna i nie była tancerką.
“Nie, odpowiedziałam, nazywała się Wysocka i była inżynierem chemii.
“A wie pani” – kontynuuje korespondencję czytelnik – “że była kiedyś taka tancerka, nosiła pani nazwisko i była bardzo sławna…” -
“A może to ja?”– spytałam nieskromnie
“Niemożliwe. Tamta już chyba dawno zmarła, a jak gdzieś jeszcze żyje, musi być bardzo starą, sędziwą babuleńką...”

Tak, to ja, może i bardzo stara, ale wciąż jara – z tatuażem, ciapkami, piercingiem i niespożytą radością życia. I nie zamierzam być sędziwą babuleńką, babcią owszem, jestem, ale energicznie podskakująca!!!
Trwa ładowanie komentarzy...